RECENZJA 5 NUMERU „VEGE”
weganon 16 maja 2018

DSC_0477

Majowy numer VEGE już dostępny. Kolejny numer pełen ciekawych artykułów i pięknych zdjęć. I tym razem wybrałem jeden, który najbardziej mi przypadł. Rzecz będzie o wkładaniu kija w mrowisko :) Nie dosłownie, choć emocje są podobne.

DSC_0482

Kiedy 27 lat temu przestałem jeść mięso, zamienników roślinnych nie było w sklepach. Trzeba było czekać jeszcze kilka lat, na wegańskie i wegetariańskie kiełbaski czy pasztety. Pamiętam, dość bogaty asortyment w sklepie ze zdrową żywnością w Pasażu Wiecha. Później w markecie w podziemiach Dworca Centralnego. Każda gotowa nowość cieszyła, bo ułatwiała życie. Gotowce zabierano w podróże, na imprezy, do szkoły i uczelni. To był przedsmak tego, co dziś mamy w większości sklepach. Z drobną różnicą. Ich skład był bardziej przyzwoity.

DSC_0481

Pamiętam spojrzenia wśród znajomych, kiedy na ognicho przyniosłem kaszankę z czarnej soczewicy i parówki z białej fasoli i papryki. Pierwsza reakcja to totalne zaskoczenie, ciekawość. W dalszej kolejności pukanie się w czoło, by na końcu smakować z niedowierzaniem. Ale, jak to? Z soczewicy, fasoli? Przecież do smakuje i wygląda jak klasyczne wędliny. Wiecie, jaka była różnica wtedy i dziś? Ano taka, że nie było dyskusji o nazwach. Nikomu przez myśl nie przyszły dyskusje, o zakazie nazywania czegoś, co nim nie jest. Zachwycano się lub nie, smakami czy wyglądem. To różniło nas od obecnych czasów. Pamiętam mój pierwszy smalec na bazie margaryny Planta. Skwarki były z pokruszonych kotletów z soczewicy, duszona cebulka, tarte jabłko i majeranek. Moja sąsiadka zajadała się, aż miło patrzeć. Nie padło słowo typu, „czemu taka nazwa”. Było pytanie „Jak to możliwe”.

Myślę, że dożyliśmy czasów, kiedy roślinne zamienniki mięsa są powszechne. Bardziej zauważalne. Dostępne na większości półkach sklepowych. Wywołuje to mieszane uczucia, stąd dyskusja na ich temat. Do niedawna tłumaczyłem, rozpisywałem się i usprawiedliwiałem. Teraz już tego nie robię, bo nieprzekonanych, nie przekonam. Zastanawia mnie również fakt, dlaczego burger z ciecierzycy wzbudza skrajne emocje a kabanos drobiowy, szynka z indyka czy tatar z łososia już nie. Przecież to są takie same zapożyczenia. Tak, wiem. Zaraz usłyszę, że w dalszym ciągu obracamy się wokół mięsa. Dziwne tłumaczenia. Używanie nazwy np. wegański tatar, ma pokazać konsumentowi, z czym ma doczynienia. Nie wyobrażam nazwy typu „pasta z czegoś tam z dodatkiem korniszona, cebulki, marynowanych grzybków”. Nazwa ma sugerować, czego można się spodziewać.

Kolejna sprawa to dyskusje typu „weganie jedzą roślinne zamienniki, bo tęsknią za mięsem”. Jeśli nawet tak jest, to czy to zbrodnia? Większość z nas zrezygnowała z powodów etycznych a nie smakowych. Ja nie tęsknie za smakiem np. wątróbki, choć ulubiony wędzony tempeh ma podobny smak.

DSC_0484

Można kochać lub nienawidzić roślinnych zamienników. Ja cieszę się, że powstają takie produkty. Coraz śmielej wkraczają na rynek. Bezmięsny Mięsny z wędlinami. Serotonina i Dwie Siostry z wybitnymi roślinnymi serami. Polsoja, Primavika z całą gamą gotowców na obiady, do smarowania pieczywa. Polscy wytwórcy zdobywają rynek i klienta. Nawet tego nieroślinnego. Dwadzieścia kilka lat temu było to w sferze marzeń. Dziś się one spełniły.

Reasumując. Najlepiej niech każdy pilnuje swojego talerza. Nie reagujcie na zaczepki. Jedźcie, na co macie ochotę. Nie próbujcie się tłumaczyć. Wychodzę z założenia, że na Świecie są ważniejsze problemy niż kiełbasa sojowa, pasztet z ciecierzycy, smalec z fasoli czy kotlet z kalafiora :)

Twój komentarz

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany